Dlaczego nie powinniśmy wierzyć w opowieści o misji polityków
Przełączając kanały w telewizji, trudno dziś nie trafić na politykę. Gdziekolwiek spojrzymy, widzimy znajome twarze – jedni z zacięciem atakują swoich przeciwników, inni udają, że niosą sztandar moralności. Ale kiedy przyjrzymy się temu bliżej, trudno oprzeć się wrażeniu, że coś tu nie gra. Bo jak to jest, że każda strona uważa się za jedyną słuszną, a druga jest niekompetentna, niemoralna i skorumpowana?
Media – lustro czy megafon sponsora?
Fajnie byłoby wierzyć, że media są bezstronne. Ale nie są. Media – tak jak szkoły, uczelnie czy inne instytucje – często pokazują świat przez pryzmat swoich sponsorów. To nie zarzut, to fakt. Gdy ktoś finansuje twoją działalność, oczekuje, że twój przekaz będzie zbieżny z jego wartościami. I tak właśnie działa dziś przekaz polityczny – z każdej strony dociera do nas wersja rzeczywistości, która ma jedno zadanie: przekonać nas, że tylko „nasi” są dobrzy.
Czym była polityka, zanim stała się grą?
Kiedyś polityka była służbą. Misją. Zaangażowaniem w sprawy społeczne i publiczne. Była czymś szlachetnym, wymagającym etyki, odpowiedzialności i troski o wspólne dobro. Dziś – jak mówiłem w podcaście – polityka to przede wszystkim strategia zdobycia władzy. I to nie przypadkowa przemiana, ale proces, który przebiegał latami, krok po kroku.
Polityka młodego pokolenia: bez złudzeń
Współczesny, młody polityk mówi wprost: „Idę do polityki po to, by mieć wpływ, by dystrybuować środki publiczne według interesów mojego środowiska”. I nie robi tego z ukrycia – mówi to bez skrupułów, w mediach. Uważa, że skoro został wybrany przez „suwerena”, to ma prawo forsować swoją wizję państwa, edukacji, zdrowia czy kultury. I że naturalne jest wspieranie „swoich”.
Dlaczego to nie działa?
Bo druga strona robi dokładnie to samo. I w efekcie mamy wojnę – nie tylko polityczną, ale i społeczną. Toczy się ona w mediach, w rodzinnych rozmowach przy stole, w komentarzach pod postami. Zamiast szukać rozwiązań – walczymy o racje. A polityka, choć ubrana w szaty służby, staje się polem bitwy o wpływy i władzę.
Smutna puenta: nie dla was, tylko dla siebie
Nie chcę brzmieć jak cynik, ale warto to powiedzieć głośno: politycy nie idą do polityki po to, by ludziom żyło się lepiej. Idą po to, by zdobyć władzę. Dopiero później – jeśli w ogóle – przychodzi czas na realizację programu, który może (choć nie musi) przynieść jakąś społeczną zmianę. Ale to nie misja jest pierwsza. Pierwszy jest cel: władza.
Zakończenie: Więcej sceptycyzmu, mniej naiwności
Nie piszę tego po to, by odbierać wam nadzieję. Piszę po to, byśmy nie byli naiwni. Byśmy nie wierzyli w bajki o służbie publicznej, kiedy pod stołem rozgrywa się brutalna gra o wpływy. Jeśli mamy zmieniać rzeczywistość, to nie przez bezrefleksyjne powtarzanie przekazów medialnych, ale przez krytyczne myślenie, rozmowę i aktywność obywatelską.
